Strategia na trudne czasy

Zwykle osoby, które prowadzą życie duchowe, znają i stosują różnorakie środki, dzięki którym radzą sobie z trudnościami, strapieniem, stawiają opór duchowi złemu, który w jakiś sposób ich niepokoi. To element walki duchowej, z którym powinniśmy być obyci i w nim wyćwiczeni. Wiele osób korzysta wówczas z sakramentu spowiedzi, częstej komunii świętej i adoracji, modlitwy różańcowej, sakramentaliów, a także prosi inne osoby o wsparcie modlitewne. Dar wspólnoty w takich chwilach jest bezcenny. Zdarzają się jednak takie sytuacje w życiu, w których widzimy, iż potrzeba tu szczególnych narzędzi do odparcia naporu zła. Jak ostać się w czasie takiego kryzysu? Jak nie ulec lękowi, zwątpieniu, rezygnacji? Jak stawić czoła czemuś, co nas przerasta? Jak zachować w sobie to, co daje siłę przetrwać najtrudniejsze momenty? Radość w Panu niech będzie waszą ostoją - czytamy w Księdze Nehemiasza - Nie bądźcie przygnębieni! (8,10b.11b). Bóg, który zna kruchość ludzkiej kondycji i który jest dobry, bo troszczy się o wszystkie nasze sprawy, daje lekarstwo na każdą taką sytuację, która doprowadza nas do utraty sił i odbiera chęć życia. W swoim Słowie przekazuje nam strategię na zdobycie i utrzymanie właśnie takiej radości, która podnosi, daje moc, wyzwala ducha męstwa i odwagi do przeciwstawienia się temu, co wydaje się nam nie do pokonania. To narzędzie, które powinniśmy poznać i umieć się nim posługiwać zawsze wtedy, gdy go potrzebujemy.
Rodzaje radości
Mówi się, że chrześcijaństwo powinno być radosne, chociaż czasami ta radość nie jest rozumiana właściwie. Nieporozumienie wynika z tego, że możemy wskazać różne jej rodzaje, bo też ich źródła są zupełnie inne. Zróbmy krótkie rozróżnienie. Istnieje radość wywołana jakimś zdarzeniem, zwykle zewnętrznym, jak spotkanie, otrzymana wiadomość czy sprawienie sobie jakiejś przyjemności. Ta radość jest krótkotrwała, bardziej spontaniczna, wynikająca z danej chwili. Pozwala cieszyć się z tego, co przynosi nam codzienność.
Jest też radość znacznie głębsza, która może przyjść bez uprzedniej przyczyny i nie musi być efektem jakichś sytuacji zewnętrznej. Według słów św. Ignacego nazywamy ją pocieszeniem, czyli stanem duszy, w którym Bóg udziela swej łaski. W trakcie wykonywania prozaicznych czynności nagle możemy doświadczyć w szczególny sposób Bożego światła, obecności, zrozumienia jakichś spraw, udziela się nam pokój. Taka radość pojawiać się też może po dobrej spowiedzi, owocnej modlitwie czy rozmowie z kierownikiem duchowym; udziela się na mszach z modlitwą o uzdrowienie lub podczas rekolekcji charyzmatycznych. Dzięki temu poruszeniu wewnętrznemu łatwiej nam się modlić, uwielbiać Boga, dostrzegać Jego działanie w naszym życiu i w świecie, podejmować się różnych posług. Czujemy się „niesieni” na rękach Boga, mamy w sobie lekkość i siłę do stawania wobec wezwań, które przynosi nam życie. Można powiedzieć, że ten typ radości wynika z naszej formy, dobrej kondycji psychiczno-duchowej i współpracy z Bożymi natchnieniami. Zwykle trwa dłużej, niż ten poprzedni.
            Jest też trzeci rodzaj radości, który przychodzi w czasie, kiedy – patrząc na zewnętrzną czy wewnętrzną naszą sytuację – wydaje się, że nie ma powodów do radowania się czymkolwiek. Człowiek przeżywa trudny czas, z oporem wykonuje najprostsze czynności, doświadcza bólu, ciemności, opuszczenia, lęku i niepewności. Krótko mówiąc – ta radość jest szczególnym darem, który pomaga nam dźwignąć się w sytuacji, kiedy wydaje się, że doszliśmy do końca naszych możliwości i nie widzimy dobrych perspektyw na przyszłość. Taka właśnie radość jest szczególną strategią, którą daje nam Duch Święty. Karolina Barycka nazywa ją w swojej książce Olejek Radości. Lekarstwo, jakie daje Bóg „radością operacyjną”.
Strategia złego
Bywa, że doświadczenie trudne przychodzi na nas znienacka, w ogóle się go nie spodziewamy. Czasem narasta z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień. To doświadczenie ciemności może przybierać różne formy: nagły telefon, w którym dowiadujemy się o poważnej chorobie swojej lub kogoś bliskiego, utrata pracy i trudności w znalezieniu nowej, długotrwałe i narastające problemy rodzinne, doświadczenie odrzucenia czy zdrady…
O ile początkowo możemy jakoś „dawać sobie z tym radę”, to wraz z upływającym czasem, w którym nic się nie zmienia, widzimy, że ubywa nam sił, z coraz większym trudem zachowujemy w sobie pokój i nie jest już tak łatwo odpędzać negatywne myśli, które mnożą się w zawrotnym tempie. Duch zły stosuje tu strategię, w której - po pierwsze - chce „ochłodzić” temperaturę naszej wiary, zasiać w nas lęk, który - jeśli zostanie przyjęty - zacznie się rozwijać i „żyć własnym życiem”, a po drugie - doprowadzić do naszej izolacji z Bogiem i ludźmi. Kiedy mu się to uda, jest na wygranej pozycji. Człowiek żyje w nieustannym poczuciu zagrożenia, wykonując codzienne czynności, jest jakby przyczajony, zastanawia się, z której strony lub w którym momencie przyjdzie na niego kolejny cios. Stawia niepewne kroki. Czuje się bezbronny, zastraszony, pozostawiony sam sobie. Daje się wciągnąć w narzekanie i szemranie. W którymś momencie jest nawet zdolny podważyć to wszystko, co już się dokonało w jego życiu i poddać się. Nie spodziewa się zmiany na lepsze.
Temperatura wiary
Opisane doświadczenie z pewnością nie daje radości. Wydaje się, że w takiej sytuacji nie ma żadnych powodów, aby ją w sobie wykrzesać. Ci, którzy by w takich chwilach się cieszyli, wydają się nam nawet niespełna rozumu. A jednak w Słowie Bożym czytamy wiele takich przypadków! Dość przypomnieć  przykład Pawła i Sylasa, o których czytamy w Dziejach Apostolskich, że podczas jednej ze swoich wypraw misyjnych za uwolnienie kobiety opętanej zostali oskarżeni przed tamtejszą władzą, odarci z szat, pobici rózgami, związani w dyby i uwięzieni w lochu. A jednak o północy (…) modlili się, śpiewając hymny Bogu. Czy więźniowie, którzy im się przysłuchiwali (Dz 16,25) nie myśleli, że tamci postradali zmysły? Tak samo zachowywali się trzej młodzieńcy Szadrak, Meszak i Abed-Nego, którzy za niepoddanie się nakazom króla Nabuchodonozora zostali związani i wrzuceni do środka rozpalonego pieca. Pismo Święte podaje, że chodzili wśród płomieni, wysławiając Boga i błogosławiąc Pana (Dn 3,23b-24)! Z tradycji wiemy, że chrześcijanie ginący na arenach rzymskich rozszarpywani przez dzikie zwierzęta, śpiewali pieśni pełne uwielbienia. Tak właśnie wygląda radość, którą wyzwala Duch Święty w sytuacji, gdy podejmujemy świadomie Jego strategię w chwili próby. Do czego ona prowadzi? Paweł i Sylas w spektakularny sposób zostają uwolnieni. Do trzech młodzieńców zstępuje anioł Pański i (…) sprowadza do środka pieca jakby orzeźwiający powiew wiatru, tak że ogień nie dosięgnął ich wcale, nie sprawił im bólu ani nie wyrządził krzywdy (Dn 3,49-50). Świadectwo śmierci chrześcijan robiło ogromne wrażenie na obserwatorach krwawych igrzysk. „Radość operacyjna” przynosi natychmiastowe  cuda!
Dlaczego pierwsze, czego doświadczamy w sytuacji kryzysu, to obniżenie temperatury naszej wiary? Ponieważ duch zły doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że to właśnie jej teraz najbardziej potrzebujemy, aby zachować w sobie pokój, ufność i wytrwałość. Kiedy przychodzi chwila, gdy czujemy, że nasza wiara słabnie, że ktoś chce nam ją odebrać, że opadamy z sił, powinniśmy ten moment zobaczyć. Pierwszy element strategii, o której mowa, polega na natychmiastowej obronie w sobie wiary. Można wtedy zatrzymać się i uświadomić sobie, że: 1). jestem tu, gdzie jestem – do tego miejsca doszedłem w swoim życiu; 2). Bóg patrzy teraz na mnie, bo On widzi mnie zawsze; 3). ja też chcę zwrócić swój wzrok na Niego – popatrzeć w górę, wejść w relację z Nim. Uświadamiam sobie, że On wie o tej sytuacji, którą przeżywam.
Taka chwila przystanięcia jest konieczna, bo pomaga uzmysłowić sobie, że Bóg jest blisko, a ja jestem w Jego ręku, że cokolwiek się wydarzy, On to kontroluje i nie muszę się lękać, bo nie zostałem w tym doświadczeniu sam. Im szybciej zareagujemy właśnie w ten sposób na trudność, z którą się mierzymy, tym skuteczniej obronimy w sobie wiarę, a jej temperatura ma szansę w nas wzrastać. 
„Radość operacyjna”
Strategia wyzwolenia w sobie tego typu radości powinna być naszym stałym „duchowym oprogramowaniem”, podobnie jak pamięć operacyjna dla twojego komputera. Królestwo Boże jest wśród nas, a radość jest konieczna do ujawniania znaków jego obecności. Oznacza to, że nasz stan duchowy, trudności, które przeżywamy, cierpienie, z którym się zmagamy, nie są przeszkodą w tym, byśmy podjęli się jakiejkolwiek posługi, a nawet prowadzenia modlitwy w trakcie spotkania, animacji podczas ewangelizacji czy składania świadectwa. Dlaczego jest to możliwe? Ponieważ „radość operacyjna” nie wynika z naszego poczucia szczęścia, ale jest skutkiem konkretnej decyzji, pewnym zobowiązaniem, które podejmujemy – często z wielkim trudem, bo działamy jakby wbrew temu, co przeżywamy w danej chwili: Nie będę się cieszył, kiedy nie mam z czego. Nie pozwolę siebie pocieszyć. To jest moment konkretnego wyboru, wewnętrznej walki, bo możemy dyskutować z zachętą do podjęcia radości albo być na nią obojętni. Tak czy inaczej, mamy do pokonania pewien opór w nas. Wynika on częściowo ze stanu, w którym jesteśmy, naszego temperamentu, a także niechęci wobec pewnego rodzaju nowości, wobec której stajemy. Skutek tego pierwszego starcia duchowego zależy jednak wyłącznie od nas: czy ulegniemy apatii, czy jednak podejmiemy duchową broń radości? Jest to warunek konieczny, aby narzędzie zostało „uruchomione”. Otwiera ona bowiem nas na pochód następnych darów duchowych. Jest zachęcająca i pokonuje przeszkody w słuchaniu Dobrej Nowiny. (…) Budzi wiarę potrzebną do czynienia cudów. O. Józef Kozłowski SJ powtarzał: „Nie możecie budować jedynie na naturze ludzkiej!”. Jeśli posłuchamy tylko logicznych faktów, nie damy miejsca na wylanie się łaski Bożej. Zatem, aby mogła ona w nas działać, potrzeba naszej zdecydowanej i świadomej współpracy. Potrzeba, byśmy tego chcieli.
Co więcej: radość jest pewnym papierkiem lakmusowym, narzędziem w rozeznawaniu duchów. Człowiek, który wobec niej staje, swoją reakcją okazuje, w jakim stanie sam się znajduje. Św. Jan Bosko mawiał, że zły duch boi się człowieka radosnego. Stałe poczucie humoru, otwarte również na siebie samego, potrafi rozproszyć niezręczną atmosferę, oddalić obcość, trudność obrócić w żart i uratować przed kompromitacją. Ten, kto je posiadł, jest namaszczony przez Ducha Świętego i zawsze w Nim chodzi. Radość taka pozwala też oderwać się od tego, na czym skupiamy wzrok, od koncentrowania się na sobie i swoim problemie, a pomaga spojrzeć na wszystko w szerszej perspektywie.
Psalmy i pieśni pełne ducha!
            Słowo Boże ma moc. Wyzwala i budzi wiarę. Dlatego moment trudnego doświadczenia to właściwy czas, aby zacząć je wypowiadać na głos, a nawet aby je śpiewać! Śpiewać długo i głośno! Chodzi o to, żeby w obliczu zagrożenia także moje wnętrze i moje ciało usłyszało, że zwracam się do Boga i w Nim znajduję obronę. Świat duchowy słyszy i rozumie, że przyzywamy Ducha Świętego w taki sposób. W odpowiedzi opuszcza nas trwoga i wraca racjonalne myślenie. Św. Szczepan i św. Andrzej Bobola w chwili śmierci śpiewali i chwalili Boga, zamiast przeklinać swoich oprawców. To jest ta siła zachowana nawet na czas ostateczny, który wyraża naszą przynależność do Boga, przypomina nam, kim jesteśmy i skutecznie odpiera zwątpienie. Dzięki niej możemy zrzucić z siebie smutek jak stary płaszcz. To jest też moment, kiedy trzeba przypominać sobie Słowo Boże, te fragmenty, które nas poruszały i prowadziły do tej pory, a także te sytuacje w naszym życiu albo w historii ważnych dla nas osób, w których Bóg objawił swoją moc, dał łaskę do przezwyciężenia oporu zła. W ten sposób przychodzi dar przyjęcia zgody na to, co dzieje się w naszym życiu (…). Jego owocem jest spolegliwość, poznanie Boga, wierność i wytrwałość. Taki człowiek pójdzie dalej, stając się dla innych „człowiekiem błogosławieństw”, uczynnym narzędziem dopasowanym do ręki Pana i sam zobaczy dzieła Boga. Lekcje te są bardzo trudne. 
             Aby obudzić radość jako narzędzie duchowe, nie wystarczy sam śpiew. Potrzeba zaangażowania całego ciała! Radość operacyjna ma moc potrząsnąć ziemią! Taniec na cześć Boga, skoki, skandowanie, nawoływanie do uwielbienia, zaciekłe tupanie – dosłownie i w przenośni może dokonać prawdziwego przewrotu, czyli Bożej rewolucji, jeśli zechcesz się na nią zgodzić. Kiedy duch niewiary i zwątpienia nas otacza, należy natychmiast stawić mu opór i postawić mu granice właśnie w ten niekonwencjonalny sposób. Wymaga to od nas przełamania konkretnego oporu – wypowiadanie słów przychodzi z trudem, a co dopiero taki ruch! Jest też w tym pewne ryzyko ośmieszenia. To, co jednak zyskujemy, podejmując ten krok, to rozpalenie wiary, odrzucenie trujących myśli, strachu i spojrzenie na daną sytuację oczami Boga. Wówczas następuje pochód kolejnych darów: mądrość, opanowanie, święty dystans, odwaga, przyjęcie dominacji od Pana, stanięcie w Jego chwale, aż do ogłaszania zwycięstwa w Jego imię, z cudem uwolnienia i uzdrowienia włącznie. Bóg interweniuje szybko i wyraźnie.
Radość jak olejek
             Taka radość – owoc wyboru strategii duchowej walki – jest jak olejek. Duch Pana nade mną, bo Pan mnie namaścił – czytamy w Księdze Izajasza - ¬by rozweselić płaczących na Syjonie, by im wieniec dać zamiast popiołu, olejek radości zamiast szaty smutku, pieśń chwały zamiast zgnębienia na duchu (61,1a.3a). Olejek, choć jest cieczą, „nie spływa” z nas szybko, ale zostaje na ciele i zostawia na nim swój ślad. Oliwą samarytanin namaszcza rany pobitego przez zbójców – bo ona leczy i daje ukojenie bólu. Olejkiem w Betanii Maria namaszcza stopy Jezusa, aby oddać Mu cześć i wyrazić swoją miłość. Tak samo jak olejek roznosi woń, radość w mocy Ducha Świętego udziela się też innym. Dzięki niemu jesteśmy jako chrześcijanie znakiem dla świata, przynosimy mu owoce, które sami otrzymujemy. Królestwo Boże przychodzi pośród nas w każdym, nawet najtrudniejszym czasie. 
Agnieszka Kozłowska
Cytaty za: Karolina Barycka-Kozyra, Olejek Radości. Lekarstwo, jakie daje Bóg
Artykuł opublikowany w Posłanie 5/2020