Pozwoliłam się Bogu prowadzić

Chciałam się podzielić tym, jak Bóg przemienił moje życie, jak objawił mi się jako Ten, który jest przede wszystkim miłością, który jedyne, czego pragnie ode mnie, to mieć ze mną relację miłości i przemieniać moje serce, życie i nieustannie je odbudowywać. Wychowałam się w rodzinie tradycyjnie katolickiej, czyli moje babcie nauczyły mnie prawd wiary i chodzenia do kościoła. Otrzymałam podstawowe wykształcenie religijne. Zawsze też miałam w sobie naturalne poczucia dobra i do niego  mnie ciągnęło. Wierzyłam, że Bóg jest. Chyba w żadnym momencie nie straciłam takiego przekonania. Natomiast od tego, że „Bóg jest”, do tego, że „Bóg jest w moim życiu” była jeszcze daleka droga. W pewnym momencie mojego życia kiedy byłam nastoletnią dziewczyną, wtedy po raz pierwszy zaczęłam  przeżywać różnorakie bunty. Byłam grzeczną, ale zbuntowaną w środku nastolatką. Wynikało to po części z tego, że miałam trudną sytuację rodzinną - mój tata jest alkoholikiem, a moja mama, odkąd pamiętam, zawsze była w depresji. Rzeczywistość więc była taka, że nie miałam w domu ani ojca, ani matki. Jestem Bogu wdzięczna, bo miałam za to kochane babcie, które - z perspektywy lat tak to widzę - zastępowały mi rodziców i były zawsze dla mnie obecne. Kiedy więc przyszły w okresie liceum, a potem studiów pierwsze  kryzysy, bunty, wtedy przy takim tylko tradycyjnym podejściu do wiary bardzo łatwo było mi odejść od Kościoła. Cały świat wartości, który w sobie miałam, bardzo szybko zostawiłam.  Wszyscy tak robili, więc było to dla mnie takie naturalne, szczególnie że wtedy pojawił się jakiś chłopak, zakochałam się. Ten świat ideałów został rozbity w moim życiu. 
Zawsze byłam optymistką, jakoś sobie z tym życiem radziłam. Ale już w liceum zaczęłam przeżywać pierwsze momenty kryzysu.  Był on związany przede wszystkim z alkoholizmem mojego taty. Kiedy dorastałam, powoli do mnie docierało, że mam jakąś trudną sytuację, że to nie jest normalne, bo są obok mnie ludzie, którzy żyją zupełnie inaczej w domu, że się boję zapraszać kolegów i koleżanki do siebie. Mój tata pił we wszystkich najważniejszych momentach mojego życia. Kiedy działy się jakieś istotne sprawy dla mnie, on wtedy był akurat w ciągu alkoholowym. Ten mój optymizm rozbijał się w takich chwilach o cierpienie. Gdy byłam studentką, to te małe kryzysy zaczęły się przeradzać w całe okresy powiedzielibyśmy depresji. Rzeczywiście już wtedy dosięgały mnie momenty, kiedy nie chciało mi się żyć. Zaczęłam wątpić w to, że moja przyszłość mi się uda, chociaż przedtem w ogóle nie miałam takich myśli. Zawsze byłam marzycielką, optymistką i wydawało mi się, że wszystko będzie dobrze. I przyszedł taki moment w moim życiu, kiedy generalnie, patrząc po ludzku, było wszystko bardzo dobrze: byłam jedną z najlepszych studentek na roku, zaczęłam pracować w korporacji, zarabiać dobre pieniądze (to było między czwartym a piątym rokiem studiów), byłam po uszy zakochana. Myślałam, że ten człowiek to jest królewicz, na którego czekałam wiele lat - że przyjechał na białym koniu i wszystko się zgadzało. Ponieważ byłam w związku, a nie miałam takich mocnych podstaw wiary,  to się zaczęło moje  poważne odejście od Kościoła. 
Mimo tego, że miałam wtedy wszystko po ludzku poukładane -  wydawało mi się, że spełniły się wszystkie moje marzenia,  jakieś ludzkie oczekiwania - to zaczęłam doświadczać najmocniejszego, najsilniejszego kryzysu w swoim życiu. Docierało do mnie, że to wszystko, co mam, wcale mi nie daje poczucia bezpieczeństwa, że ten człowiek, w którym pokładałam wtedy całą swoją nadzieję, przecież może odejść w każdej chwili i mnie zostawić. Zresztą poprzez historię swojego życia miałam bardzo niską samoocenę. Mimo tego, że wiele rzeczy się układało w moim życiu, to ciągle wydawało mi się, że jestem niewarta tego, żeby mnie kochać, że jest milion takich rzeczy we mnie, których nie można kochać i których się nie da pokazać. Jak więc ten człowiek może mnie pokochać? Już wcześniej miałam problemy ze zdrowiem, bo z powodu tego braku akceptacji, jako nastoletnia dziewczyna bardzo dynamicznie się odchudzałam. Doprowadziłam się do anoreksji i od tamtej pory zaczęły się moje problemy zdrowotne. W tamtym momencie dały o sobie znać: zaczęły się ze mną dziać różne rzeczy, nie wiadomo było, co to jest i chodziłam od lekarza do lekarza, ale trudno było postawić mi diagnozę. Tak w międzyczasie pojawiła się sugestia, że to może być nowotwór. Pod wpływem różnych myśli, które do mnie przychodziły w tej kryzysowej sytuacji, zaczęłam tracić grunt pod nogami.
Tak się złożyło, że przez pierwszy miesiąc mojej pracy moja firma, która znajdowała się w Bydgoszczy, sponsorowała nam hotel. W ten sposób zamieszkałam w segmencie z pewnym mężczyzną w podobnym  wieku. To było niezwykłe, że Bóg właśnie wtedy, kiedy jesteśmy gdzieś w dole zagłady, wyciąga po nas swoją rękę. I wyciągnął ją do mnie poprzez tego człowieka. To był mężczyzna, który - tak mi się wydawało - wiedział, czego chce. I czy chciałam, czy nie, choć  byłam na początku dość zdystansowana, to musieliśmy się w końcu zaprzyjaźnić: mieszkaliśmy w jednym segmencie, mieliśmy oddzielne pokoje, ale codziennie rano i po pracy szliśmy razem i tak się zaczęły nasze rozmowy. Pamiętam, że kiedyś weszłam po niego, zapukałam i on mi otworzył drzwi. Przeżyłam szok, bo na szafce nocnej zobaczyłam leżące Pismo Święte i różaniec. Mogłabym wszystkiego się po mężczyźnie spodziewać, ale nie takiego asortymentu w jego pokoju. Zrobiło to na mnie takie wrażenie, że do tej pory pamiętam ten obraz. I bardzo delikatnie zaczął mi opowiadać o czymś, co przemieniło jego życie. Widział, że jestem niezbyt przyjaźnie nastawiona do tych opowieści, więc mówił bardzo powściągliwie i taktownie W pewnym momencie zaczął używać słów, że on „się nawrócił”. Na te słowo to już w ogóle miałam wielką alergię, ale on się nie poddawał. To był też jedyny człowiek, który w tym moim kryzysie, trudnym doświadczeniu po prostu poświęcał mi czas. Był ze mną, rozmawiał, słuchał, a jednocześnie tworzył taką przestrzeń, w której otwierałam się na to, co mówił do mnie. powiedział mi swoją historię, o tym, jak się nawrócił i jak to przemieniło jego życie. Zresztą, patrząc na niego, widziałam, że ma coś, czego ja nie mam. Z perspektywy czasu wydaje mi się, że miał takie poczucie bezpieczeństwa w sobie, a ja tego z kolei bardzo szukałam. Wychowałam się i później dorastałam w nieustannym poczuciu zagrożenia. Mój tato nadużywał alkoholu, a poza tym  był bardzo trudnym człowiekiem charakterologicznie: przez co  w domu często wybuchały awantury. Czasami wolałam, żeby pił, bo jak nie pił, to gdy wchodził do domu, to miało się wrażenie, że „w powietrzu wisi siekiera”. Wszyscy chodziliśmy po kątach. Nigdy też nie doświadczyłam tego, że mój tata jest tatą, że mnie otacza takim płaszczem opieki. Kiedy więc wchodziłam w dorosłe życie, to wszystko co przeżyłam jako dziecko, jako dorastająca dziewczyna zaczęło do mnie się dobijać. Byłam kłębkiem lęków, bałam się wszystkiego. Z zewnątrz wydawało się, że wszystko jest ok., byłam uśmiechnięta, komunikatywna, zadowolona z życia, w środku natomiast bałam się bardzo wielu rzeczy. Bałam się przyszłości, tego, że zostanę sama, że mi się w życiu nie uda, że mnie ktoś zostawi, bałam się o swoje zdrowie. A tu spotykam człowieka, który miałam wrażenie, że się nie boi. I to mi naprawdę imponowało.
Pan Bóg wykorzystuje też różne momenty naszego życia, żeby nas do siebie pociągnąć. Wtedy w tych moich problemach ze zdrowiem ten człowiek zaprosił mnie na mszę z modlitwą o uzdrowienie. Ponieważ chciałam być zdrowa, a nie było wtedy jeszcze diagnozy, co mi dolega, więc poszłam na taką mszę. Nie wiem czy była jedna czy dwie, dokładnie tego nie pamiętam. Wiem tylko, że po tych mszach coś zaczęło się dziać w moim sercu. Nie zostałam wtedy uzdrowiona, ale pierwszy raz zaczęłam odczuwać pragnienie poznania Boga. Uzmysłowiłam sobie, że w ogóle nie wiem, w kogo wierzę, kim jest mój Bóg. Zobaczyłam, że mój Bóg jest dla mnie jakąś ideą. Owszem wierzę, że czasami mnie wysłuchuje, ale nie wiem, kim On jest. Wtedy przyszło kolejne zaproszenie na udział w  Seminarium Odnowy Życia w Duchu Świętym, takie dziesięciotygodniowe rekolekcje. Dałam się Bogu poprowadzić, czyli przyjęłam to zaproszenie. 
Weszłam w te rekolekcje i wtedy zaczęło „się dziać”. Pamiętam doświadczenie, które było dla mnie szokujące, że kiedy czytam Słowo Boże, to Bóg do mnie przez nie mówi, że On odpowiada na moje prośby. Wtedy zaczęły otwierać mi się uszy.  Słowo Boże i to głoszone na  konferencjach trafiało do mojego serca i sprawiało, że nagle zaczęłam widzieć pierwszy raz w swoim życiu realną obecność Boga. Pozwoliłam Mu się do mnie zbliżać. Zaczął mnie dotykać. Pamiętam też dwa cudowne momenty w trakcie tych rekolekcji. Pierwszym z nich to spowiedź generalna. Wtedy byłam w tym trudnym związku, dla mnie pięknym, tylko że nie zdawałam sobie sprawy, że zaczyna się toczyć walka w moim sumieniu. Wiedziałam, że w tej relacji nie jest tak, jak powinno być. To była jakaś łaska, dla mnie cud, że po tej spowiedzi powiedziałam do Boga: „Jeśli to nie jest człowiek dla mnie, to proszę, abyś go zabrał”. W ciągu dwóch tygodni ten związek się rozleciał. Byłam na początku zrozpaczona - najpierw proszę, a później coś się dzieje. Jednak to było niesamowite, jak Bóg zadziałał: najpierw spowiedź generalna,  później moja rozpacz i wtedy mieliśmy akurat modlitwę o uzdrowienie. Szłam na nią zapłakana, bo „mnie chłopak rzucił” i oni się wtedy za mnie pomodlili. I wydarzył się kolejny cud w moim sercu, że w jakiś sposób to, co się stało, przyjęłam. Nabrałam takiej świadomości, że w moim życiu jest ktoś większy od człowieka. Ktoś, kto zaczyna mnie prowadzić. To było jeszcze tylko przeczucie, a  wtedy dotykałam tej rzeczywistości, że Bóg jest w moim życiu, że jest w nim bardzo konkretnie. 
To był początek wielkiej przygody, która się zaczęła. Wielkiej przygody z Bogiem. Z Bogiem Ojcem. To był piąty rok studiów, pisałam pracę magisterską i mój profesor zaczął mówić, żebym się zastanowiła nad doktoratem. Bardzo poważnie rozmawiał ze mną na ten temat kilka razy. W głowie mi się to nie mieściło, ale zaczęłam to rozważać. Podjęcie tego wymagało ode mnie rezygnacji z pracy. Kiedy wróciłam do Torunia, to trafiłam do wspólnoty, w której był ten mój kolega z pracy. Pokierował mnie do niej. Przyszłam, a tu zaczynało się kolejne Seminarium, a ponieważ chciałam jakoś wejść w tę wspólnotę, więc zdecydowałam się przejść kolejne dziesięć tygodni rekolekcji. Wiem, że to był czas błogosławiony. Bóg mnie dalej prowadził, dotykał, uzdrawiał, pociągał. I to jeszcze nie jest koniec, bo to się dopiero wszystko zaczynało.
Trwając dalej we wspólnocie, pozwoliłam się Bogu prowadzić, dałam Mu szansę i czas, żeby mógł moje serce otwierać na to, kim On jest. Kiedy już byłam po Seminarium, to ktoś na pewnym spotkaniu modlitewnym powiedział świadectwo o zaufaniu Bogu. Bardzo mnie ono zszokowało, dlatego, że wtedy zrozumiałam, że chociaż przeszłam ileś tych rekolekcji, to nadal mam wielki problem z zaufaniem Bogu. I odkrywam w moim sercu lęk o to, że On może mi coś zabrać, że może to moje życie poukładać zupełnie inaczej, niż ja sobie tego oczekuję. Bóg był wówczas dla mnie jakiś odległy, tak naprawdę niedostępny, mimo że dawał już mi wiele doświadczeń tego, że jest. Zaczęłam wołać do Niego: „Panie Boże, nie potrafię Ci zaufać, boję się Ciebie”. I pamiętam kolejne świadectwo osoby, która dzieliła się, że w zaufaniu Bogu  pomogła jej Maryja. Zaczęłam modlić się do Niej. Wtedy stał się kolejny cud w moim życiu, bardzo mocno w moim sercu się to zadziało: Bóg zaprosił mnie do przebaczenia mojemu tacie. 
Rozpoczął się proces przebaczenia, dla mnie dość świadomy, ponieważ chciałam naprawdę swojemu tacie przebaczyć. A to nie było łatwe. To było trudne. I widziałam, że kiedy się otwieram na tę przebaczająca miłość - zresztą Bóg nie oczekiwał ode mnie, że sama to zrobię, tylko po prostu dawał mi łaskę przebaczenia - to też powoli zaczynam się otwierać na Jego miłość. Coraz bardziej Mu ufać. A Bóg mnie prowadził  i objawiał swoje prawdziwe oblicze. Przede wszystkim Boga, który przede wszystkim mnie kocha i chce mnie obdarzać tą miłością oraz jest wszechmogący i ma moc w moim życiu. Ta wszechmoc Jego objawiała się w tym, że ja, która byłam taką zalęknioną, zamkniętą w sobie  osobą,  nagle zaczęłam odkrywać, że jestem kochana, że mam w sobie różne dary, talenty, że jestem obdarowana. To było dla mnie jak odkrycie Ameryki, bo wcześniej  nie dostrzegałam w sobie takich rzeczy, że jestem wartościowa, że Bóg się mną posługuje i chce mnie prowadzić.
Muszę powiedzieć, że to doświadczenie trwa do dzisiaj. Kiedy jestem na drodze z Bogiem, On nieustannie jest bardzo hojny i chce mi objawiać swoją miłość. Myślę, że gdy mam taką świadomość, że mam w niebie Tatusia, który jest wszechmogący, który bardzo mnie kocha, to naprawdę jest się w stanie przejść przez każdą burzę. Czasami, kiedy jestem w bardzo dużej ciemności, zamykam oczy i mówię: „Tato!”. To jest modlitwa pełna mocy, modlitwa, która łamie skały. Świadomość tego, że ma się Tatę w niebie, dla mnie to jest tym, co jest w stanie przeprowadzić mnie przez każdą ciemność. Za to wszystko chwała Panu!

Marta
Świadectwo opublikowane w Posłanie 6/2019